poniedziałek, 26 marca 2018

Kwestie ważne i ważniejsze.

Gdy jechałam dziś o poranku na spotkanie, w radiu szwajcarskim SRF 1 w międzyczasie roztrząsano ważną kwestię. Zadzwonił otóż słuchacz, mający za sobą dłuższe już doświadczenie życiowe - i oznajmił, że kiedyś, gdy jadło się jajka ugotowane na twardo, skorupka odchodziła od nich bez problemu. Dziś zaś - człowiek próbuje usunąć skorupkę, a ta odchodzi wraz z białkiem; marnotrawstwo! Radio zwróciło się o pomoc w wyjaśnieniu tego jakże ważnego problemu do specjalisty. Specjalista zaś oznajmił, że kiedyś jajka docierały do sklepów po znacznie dłuższym czasie niż dziś; a ponoć im świeższe jajko, tym gorzej odchodzi od niego skorupka po ugotowaniu. Nie wiem, jak Państwo, ale ja czuję ulgę, że ten ważki problem nie będzie mi spędzał już snu z powiek!*

Poza tym nie wiem, może być, że urzędnicy polscy śledzą mojego bloga!... Po wylaniu z siebie goryczy w jednej z ostatnich notek, podjęłam trud komunikacji z polską ambasadą w Szwajcarii. Po dłuższej wymianie e-maili udało mi się ustalić, że ambasada z dużym prawdopodobieństwem (korespondent starannie unikał bezpośredniej odpowiedzi na moje pytanie) uwierzytelni mi konto ePUAP, jeśli przedstawię im ważny dokument, poświadczający rejestrację mojego małżeństwa w polskim USC oraz nieważny polski dowód. Wyruszyłam, z głęboką nadzieją, że godzina jazdy wte i godzina wewte nie pójdzie na darmo. Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą również ważny niepolski paszport, wszelkie inne ważne i niepolskie dokumenty, które noszę ze sobą zawsze w portfelu oraz odpis aktu urodzenia (polskiego). Tak przygotowana, stanęłam u wrót^hhh okienka i okazało się, że:
a) zostałam obsłużona miło i uprzejmie (!)
b) potrzebne okazało się tylko to, co zostało wymienione w e-mailu (!!)
c) sprawa została załatwiona pozytywnie, to jest - uwierzytelniono mi profil (!!!)
(Co prawda, cała operacja potrwała ok. pół h, podczas gdy poprzednie uwierzytelnianie profilu - w warszawskim mBanku - zajęło dwie minuty; ale nie bądźmy małostkowi, liczy się efekt końcowy). 

Napędzana euforią, pognałam do domu. Tam sumiennie przeskanowałam swe zdjęcie biometryczne, zalogowałam się do ePUAP, wypełniłam formularz, kliknęłam "podpisz" i... otrzymałam błąd. W postaci niemożności wysłania do mnie przez system kodu potwierdzającego (który niezbędny jest, żeby formularz został podpisany profilem zaufanym i wysłany). Spróbowałam po raz drugi i trzeci - z tym samym skutkiem. Westchnęłam, zamknęłam przeglądarkę Chrome i otworzyłam przeglądarkę Firefox. Zalogowałam się, wypełniłam formularz, zdjęcie zostało odrzucone z uwagi na niewłaściwą rozdzielczość (poprawiłam), zdjęcie zostało odrzucone z uwagi na niewłaściwą rozdzielczość (poprawiłam raz jeszcze), zdjęcie zostało odrzucone z uwagi na zawieranie wirusa (załkałam, skopiowałam plik i wkleiłam go obok pierwszego, załączyłam kopię), zdjęcie zostało przyjęte!, kliknęłam "podpisz", wklepałam otrzymany SMS-em kod i... już po chwili zobaczyłam komunikat, że "Twój wniosek o wysłanie dowodu osobistego został pomyślnie wysłany".  

!!! Co za walka, proszę Państwa, co za walka - czy Wy czujecie te emocje?!
Teraz pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że dowód wyprodukowany zostanie z należytą prędkością, tak, bym mogła go odebrać w czasie, gdy będę w Polsce - stay tuned!

Wymiana wszystkich dokumentów szwajcarskich (oraz kart lojalnościowych) przebiegła z nieekscytującą i bezproblemową rutyną; przy użyciu drogi pocztowej. Najszybszy był Urząd Ruchu Drogowego (nowe prawo jazdy w mniej niż 24 h), najwolniejszy zaś - Urząd Emigracyjny (ok. 2 tygodni czekania - od momentu wysłania im permitu ze starym nazwiskiem - aż przyślą nowy).    
     







*(oraz teraz muszę, po prostu muszę przetestować tę teorię empirycznie)

czwartek, 8 marca 2018

Kilka puzzli codzienności.

Dopiero co miałam pisać notkę o tym, jakie to uczucie gdy prowadzi się samochód po autostradzie w śnieżycy i ciemnościach. Gdy śnieg sypie obficie i gęsto, a płatki wirują w ten sposób, że człowiek ulega złudzeniu optycznemu, że oto nie ma świata wokół, tylko tunel podprzestrzenny, jak z filmów s-f... 

...a wtem przyszła już wiosna. Pierwszy jej dzień tutaj - taki naprawdę ciepły, że mogę siedzieć na tarasie restauracji: bez płaszcza i grubych ubrań; i rozkoszować się słońcem. Co prawda, sądząc po wolno, ale nieubłaganie nadciągających z boku chmurach, rozkoszowanie się będzie mieć przedwczesny koniec, ale cóż. Carpe diem.

Za każdym razem, gdy parkuję na moim ulubionym parkingu w samym centrum miasta, widzę ten sam billboard: uświadamiający ludzkości, jak straszną rzeczą są choroby płuc, poprzez obraz dziecka, jeżdżącego na rowerku po wypełnionym wodą pokoju i z trudem utrzymującego głowę nad powierzchnią. Za każdym razem mam wrażenie, że to ja się duszę - i rozmyślam posępnie nad wrażliwością osób, kreujących wszelkiego rodzaju kampanie reklamowe i społeczne. (Najgorszą widziałam w Brazylii - drastyczne zdjęcia porozjeżdżanych samochodami jaguarów. W kampanii chodziło o to, by ludzie zaczęli bardziej uważać, prowadząc w pobliżu parku narodowego...) No, ale ja z tych, którzy pragnęliby ostrzeżeń na książkach, jeśli zawierają one sceny torturowania bądź mordowania zwierząt czy dzieci. Są ostrzeżenia o przemocy na grach - dlaczego nie na książkach?

Żeby nie było, że życie na emigracji jest wyłącznie mlekiem i miodem płynące, a tradycyjne polskie narzekanie stało mi się zupełnie obce - łyżka dziegciu w beczce miodu, czyli szwajcarskie banki. Ogólnie rzecz biorąc, nie mam do mojego banku większych zastrzeżeń - natomiast, po spędzonych tu latach, wciąż nie umiem zrozumieć, dlaczego brak jest podglądu do blokad środków na karcie kredytowej. W polskim banku ten podgląd miałam - oczywiście nie w historii rachunku, bo chodziło o operacje jeszcze niezaksięgowane, ale było miejsce, gdzie dało się blokady podejrzeć. Tu - ni cholery. Oczywiście, widać, jaka ilość środków jest wciąż jeszcze dostępna, ale nie widać nigdzie operacji dokonanych, a jeszcze niezaksięgowanych. Także, z niewyjaśnionej przyczyny, gdy doładowuję kartę kredytową (wydaną przez mój bank), środki są na niej natychmiast, ale gdy robię normalną jej spłatę, przelewem - trwa to dwa-trzy dni. Kwestia przelewów też mnie zadziwia: otóż nie można wykonać ich tego samego dnia, nawet w obrębie tego samego banku - najwcześniej wychodzą dnia następnego. Można więc zapomnieć o błyskawicznych operacjach, trwających kilka sekund, jak wtedy, gdy w Polsce przesyłamy pieniądze z konta na konto w obrębie tego samego banku. Jak na kraj, który ze swojej bankowości słynie, dość to zacofane metody obrotu pieniądzem...

Z pozytywów - posiadanie ubezpieczeń i składanie reklamacji bardzo się opłaca, nawet jeśli trzeba wykazać się cierpliwością. Niedawno bowiem - po kilku miesiącach - przysłano nam zwrot pieniędzy za opłaconą przez nas naprawę lusterka, uszkodzonego w wypożyczonym na Seszelach aucie (nie wiem, może to tyle trwało, bo wymieniali w tym czasie papierowe listy z seszelską wypożyczalnią?...) To było jednak znacznie mniejsze zaskoczenie, niż fakt, że nieoczekiwanie wpłynęła nam na konto przyjemna kwota, będąca efektem skargi na pewną linię lotniczą, złożonej w odpowiedniej Agencji Ruchu Powietrznego. Skargę, dodam, złożyliśmy około dwóch lat temu. Agencja, jak widać, nierychliwa - ale sprawiedliwa. (A skargę składaliśmy, bo wskutek trzydziestominutowego i niczym nieusprawiedliwionego opóźnienia na starcie, nie zdążyliśmy na przesiadkę w Niemczech do Polski; przepadła nam 1 noc w hotelu i 1 dzień wypożyczenia samochodu; ale te kwoty były znacząco niższe od rekompensaty). Zatem reklamujcie, skarżcie się i miejcie cierpliwość!

Oraz Państwo mnie tu czytacie, wiem, bo widzę w statystykach - ale bardzo rzadko piszecie, żadnych komentarzy, więc często nawet nie wiem, kto taki dokładnie mnie czyta... Bardzo uprzejmie proszę o więcej odzewu, każdy mnie bardzo cieszy! Koniec końców, to blog, nie piszę tego sobie a muzom, a dla Was właśnie. 

czwartek, 1 marca 2018

O absurdach i łamaniu prawa, czyli skrótowo o polskich urzędach.

Jakiś czas temu, podczas bytności w Polsce, założyłam sobie profil ePUAP. Bardzo się ucieszyłam, że jest taka możliwość i odtąd większość spraw (niestety nie np. złożenie wniosku o paszport) będę w stanie załatwić przez internet. W Polsce bywam rzadko, więc jest to mi bardzo na rękę. 

Biorąc pod uwagę, że jakiś czas temu wyszłam za mąż, a przy tej okazji zmieniłam nazwisko - myślałam, że jak tylko polski urząd zostanie o mojej zmianie nazwiska poinformowany, wprowadzą zmiany (lub ja sama będę mogła je wprowadzić) w systemie ePUAP i tym samym bez kłopotu złożę wniosek o nowy dowód: z nowym nazwiskiem. Jakaż byłam naiwna...

Pomijam już fakt, że USC z jakichś przedziwnych względów potrzebuje trzech tygodni (!) na przyjęcie do wiadomości zmiany stanu cywilnego - i że odmówili przyjęcia tej informacji, gdy próbowała to załatwić upoważniona osoba spoza rodziny... Otóż taka osoba rzekomo potrzebuje upoważnienia notarialnego. Przypominam, że aby je dostać, trzeba stawić się u notariusza we dwójkę OSOBIŚCIE; wiele źródeł w internecie twierdzi też, że powinno wystarczyć upoważnienie zwykłe. Mniejsza o to; urzędniczka stwierdziła, że upoważnienie nienotarialne ważne jest wyłącznie dla najbliższych członków rodziny. Przyjęłam to do wiadomości, sprawę - mimo odległości - ostatecznie załatwić musiał mój tata. 

Teraz okazuje się jednak, że... nie ma opcji zaktualizowania nazwiska w systemie ePUAP! Profil zaufany trzeba najpierw unieważnić (to można zrobić - cóż za łaska! - przez internet), później wystąpić OSOBIŚCIE z wnioskiem o nowy dowód. Następnie, dopiero po - znów OSOBIŚCIE - odebraniu go (co dla osoby mieszkającej poza Polską oznacza konieczność już dwóch wizyt; konsulaty dowodów nie wystawiają), móc uwierzytelnić wniosek o nowy profil ePUAP (jakby inaczej: OSOBIŚCIE!)

Jeśli chciałabym aktualny polski paszport, wówczas musiałabym lecieć po raz trzeci - bo zarówno złożenie wniosku, jak i odbiór, muszą zostać dokonane (kto zgadnie?) OSOBIŚCIE. Tak przy okazji - próbowałam już raz złożyć w Polsce wniosek o paszport, nie mając ważnego polskiego paszportu ani polskiego dowodu osobistego (tzn. data ważności w dowodzie była ok, ale przestał być ważny z racji zmiany adresu: wyprowadzki z Polski i wymeldowania). Miałam natomiast przy sobie inne ważne dokumenty ze zdjęciem (m.in. ważny paszport innego kraju oraz prawo jazdy), aktualny odpis polskiego świadectwa urodzenia, stary polski dowód i stary polski paszport. 

Podpunkt trzeci stosownej ustawy mówi o tym, że jeśli obywatela nie można zidentyfikować na podstawie ważnego dowodu ani paszportu, należy zidentyfikować go na podstawie innego ważnego dokumentu ze zdjęciem - jednakże kierownik biura paszportowego w Gdańsku stwierdził, cytuję, że "podpunkt trzeci jest mniej ważny" (!!!) i że jak chcę, to sobie mogę składać wniosek o paszport w konsulacie szwajcarskim. Pamiętam, że poczułam się jak w "Misiu" - dosłownie opadły mi ręce...
Domniemywam, że myśl ukryta w tym konkretnym przypadku złamania polskiego prawa była taka, żeby a) zionąć bezinteresowną nienawiścią bliźniego i móc zrobić mi problem b) żebym za paszport zapłacić musiała 500 PLN (bo taka jest jego cena w konsulacie polskim w Szwajcarii - podczas gdy w Polsce to 140 PLN).

Mieszkam w Szwajcarii - kraju dla mnie obcym, którego obywatelką nie jestem - od ponad sześciu lat. Nigdy, ani razu, w żadnym urzędzie nikt nie próbował tu zrobić mi jakiegokolwiek problemu. A miałam styczność z wieloma więcej urzędami niż w Polsce: emigracyjnym, podatkowym, celnym, urzędami miejskimi w paru miastach; dwukrotnie potrzebowałam wymienić prawo jazdy, uzyskać prawo jazdy międzynarodowe i po upływie ważności je też wymienić, dostać zaświadczenie o niekaralności czy braku długów... i jeszcze pewnie kilka rzeczy by się znalazło. 
Nikt nigdy nie próbował mi tutaj niczego utrudniać, opóźniać, udawać, że mnie nie rozumie - o łamaniu prawa nie wspominając. W urzędzie emigracyjnym stawić się OSOBIŚCIE musiałam tylko raz: była to rozmowa powitalna, okraszona otrzymaniem permitu oraz miliona pomocnych książeczek, wyjaśniających różne aspekty życia w Szwajcarii.
Potem już permit dostawałam za każdym razem pocztą (nawet nie musiałam wnioskować o nowy przy zmianie adresu, sami wysyłali!), to samo z prawami jazdy. Pytać o międzynarodowe poszłam za pierwszym razem osobiście - dostałam je do ręki po pięciu minutach. Przy wymianie z powodu zmiany nazwiska dostałam nowe prawo jazdy pocztą w mniej niż 24 h od złożenia wniosku. Można? Można. 

W Polsce mieszkałam znacząco dłużej, jednak styku z urzędami miałam zdecydowanie mniej: za to w pakiecie ogrom kłopotów. Prawie zawsze ktoś próbował tworzyć taki czy inny problem, podawane mi informacje były fałszywe lub niekompletne, musiałam stawiać się w różnych sprawach wyłącznie OSOBIŚCIE, czas oczekiwania na jakiekolwiek zaświadczenia wynosił minimum dwa tygodnie (!) Tu mogłabym wstawić np. jeszcze rozkoszną historię o tym, dlaczego nigdy nie dostałam zwrotu podatku za mój ostatni rok pracy w Polsce, ale ta notka jest już i tak długa; może innym razem. 
  
Jednym słowem, widać jasno, że cały ten system, z urzędnikami na czele, został stworzony i jest prowadzony w taki sposób, żeby obywatelowi maksymalnie utrudnić życie i wskazać mu, że jego miejsce jest na samym, samiutkim dole hierarchii. Że urzędnik nie jest po to, żeby petentowi pomóc - ale by mu przeszkodzić, nawet jeśli ma być to równoważne z łamaniem prawa. Oczywiście, każdy ma prawo złożyć skargę lub podać do sądu (czy to jest skuteczne, to już zupełnie inny temat). Mieszkając w Polsce, wielokrotnie to robiłam - acz nie uważam, że życie wypełnione ciągłym składaniem skarg jest życiem przyjemnym i optymalnym. 

Szkoda, że Polska tak bardzo nienawidzi własnych obywateli. 

piątek, 23 lutego 2018

Odpowiedź to 42*. Pytanie - ile plaż znajduje się w Florianopolis (Brazylia, cz. II)

Kolejnym, dwutygodniowym etapem naszej podróży po Brazylii było Florianopolis, zwane też "miastem tysiąca wysp". Rozciąga się ono częściowo na kontynencie, częściowo zaś na pobliskich wyspach i wysepkach, z których największą jest Santa Catarina Island. Przyznam szczerze, że na Floripę (jak nazywają je pieszczotliwie mieszkańcy) ostrzyłam sobie zęby od paru lat -  polecił mi ją mój kolega (który kilka lat tam przemieszkał i wciąż tam bywa), zachwalając piękno tamtejszych plaż i najlepsze owoce morza na świecie.

typowa ulica na wyspie 

plaża Forte

Florianopolis znane jest jako najlepsze miejsce do życia w Brazylii - w związku z tym bardzo bezpieczne. Było to widać: w dzielnicy, w której mieścił się nasz hotel, było bardzo wiele domów - żaden z nich nie był otoczony płotem; wszystko wyglądało czysto, schludnie i zasobnie (w Rio co "bogatsze" budynki mieszkalne bez wyjątku otoczone były płotami z drutem kolczastym czy pod napięciem, w oknach były kraty, itp.) Jedynym miejsce we Floripie, które przypominało, że Brazylia jako kraj nie jest najbezpieczniejszym miejscem, był... bank. 

fort São José da Ponta Grossa

plaża Forte

(A. od dłuższej chwili był już w banku, postanowiłam wejść i ja. Wmaszerowałam beztrosko do środka tylko po to, żeby zderzyć się z wewnętrzną przezroczystą ścianą i drzwiami obrotowymi, pilnowanymi przez znajdującego się po ich drugiej stronie strażnika, który gestem wskazał mi rząd zamykanych na kluczyk szafek, gdzie złożyć miałam swoją torebkę. Wzruszywszy ramionami, wyjęłam z niej telefon, upchnęłam torebkę w szafce i podeszłam znów do pilnowanych drzwi, które ostrzegawczo zapiszczały. Strażnik pokazał mi niewielką klapkę, przez którą musiałam podać mu mój telefon... i oto wreszcie mogłam wejść, a właściwie wepchnąć się do środka - drzwi były wąskie i z trudem się obracały. Nie wiem, jak Państwo, ale na miejscu potencjalnego rabusia rozważyłabym raczej uskładanie na bilet do Europy). 


plaża Jurerê

na szlaku Trilha Do Gravatá

Santa Catarina Island jest wyspą niewielką - z północnego krańca, gdzie mieścił się nasz hotel, jechało się na południowy kraniec wyspy zaledwie godzinę. Wypożyczenie auta jest tam natomiast niezbędne - podobno transport lokalny pozostawia wiele do życzenia. Ruch na szczęście jest prawostronny, a lokalsi jeżdżą w sposób akceptowalny dla Europejczyka (porównałabym do Polski - uważać trzeba, ale da się normalnie poruszać po drogach. Zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż w Rio**).  No i gdy mamy auto... wszystkie plaże są nasze!

widok z Villa Fatima

ujście rzeki przy plaży Lagoinha do Leste

Tym bowiem głównie zajmowaliśmy się podczas pobytu na wyspie: prawie każdego dnia jechaliśmy na inną plażę. Różniły się one od siebie zarówno temperaturą wody (przy plażach od strony kontynentu ocean był oczywiście ciut cieplejszy), widokami, ukształtowaniem terenu (niektóre płaskie, inne zamknięte z obu stron porośniętymi dżunglą wzgórzami, po których nie omieszkaliśmy się powspinać, jeszcze inne otoczone skałami, schowane za lasem lub ukryte na końcu wędrówki klifami albo przez dżunglę i wzgórza) czy wreszcie - piaskiem... na jednej z plaż był on dosłownie tak drobny i mięciutki jak mąka, podczas gdy gdzie indziej zwyczajnie miękki, twardszy lub zupełnie gruboziarnisty; w odcieniach od prawie-że-bieli aż do ciemnej żółci. Były plaże bardziej popularne i w związku z tym bardziej zatłoczone (niewielki to zresztą problem w Brazylii - miejscowi gromadzą się zawsze przy wejściu, więc wystarczy pójść dziesięć minut dalej i można rozkoszować się przestrzenią), jak i te samotne, na których z trudem dało się dostrzec w oddali ludzkie figurki. Miały za to jeden wspólny mianownik - wszystkie były piękne...

plaża Lagoinha do Leste



Przyznam szczerze, że o ile bez trudu uwierzyłam koledze w urodę plaż, o tyle w kwestii najlepszości owoców morza byłam nieco sceptyczna. Uwielbiam je i jadłam w bardzo już wielu miejscach na świecie, nie sądziłam zatem, że Brazylia może mnie pod tym względem czymś zaskoczyć. Jak się okazało - niesłusznie. 
Floripa jest otóż, nie bójmy się tego słowa, Mekką owoców morza - są tam one absolutnie DOSKONAŁE. Ten capslock musi być tu użyty, nigdy i nigdzie nie jadłam tak absolutnie rewelacyjnych ostryg, tak świetnych krewetek, tak wspaniałych małży, tak przepysznych kalmarów... aaa, na samo wspomnienie cieknie mi ślinka!... Owoce morza ao bafo ("na parze"), smażone albo zapiekane w cieście, ostrygi zalane żółtym serem, kraby w cieście... i do tego frytki: z batatów i absolutnie nieprzesolone... ach! 


plaża Moçambique

Czy można chcieć czegoś więcej? Oczywiście - np. pizzy: kolejna rzeczy, która Brazylijczykom wychodzi doskonale. Jadłam tam po raz pierwszy pizzę w wersji na słodko (z czekoladą i owocami) i była wyśmienita. Mają też świetne ciastka w kształcie ogromnych pierogów: z nadzieniem na słodko i słono, w bardzo wielu wersjach - gdzie ciasto jest cieniutką formą dookoła nadzienia. 
Do Brazylii na pewno jeszcze powrócę - właśnie ze względu na jedzenie. Choć... zaliczyłam tam i jedno rozczarowanie: otóż słynne brazylijskie steki nie dorównują w żaden sposób szwajcarskim. Mięso było tłuste i żylaste - coś, co tutaj nie zdarza się nigdy. 

plaża da Cachoeira de Bom Jesus

   









*są źródła, które podają również liczbę 60. Ale, jak tak pomyśleć - liczenie plaż nie jest łatwym zadaniem... widzę też szerokie pole do sporów, gdzie właściwie kończy się jedna plaża i zaczyna druga.

**w Rio jazda samochodem to sport ekstremalny: wygląda to trochę tak, jakby mieszkańcy usiłowali urządzać nieustanne wyścigi. Pasy na jezdni traktowane są bardzo umownie - zwłaszcza że gdy zajmie się dwa naraz, ma się większe szanse wyminąć i tych z lewej i tych z prawej; pięć centymetrów czy dwa, zupełnie nieważne, wymijanie z lewej czy z prawej, zupełnie nieważne. Poruszaliśmy się tam tylko taksówką, ale i tak miałam w niej co chwilę mini ataki serca. Podobno nawet wielu ludzi urodzonych i wychowanych w Rio nie ma odwagi siadać tam za kierownicą.  

niedziela, 11 lutego 2018

Wielki powrót #mzf.

Im dłużej tu mieszkam, tym ciężej jest mi kontynuować cykl #mzf - z uwagi na to, że wiele rzeczy, które kiedyś były dla mnie nowe i kontrastowe w stosunku do rzeczywistości polskiej, przeszły płynnie w coś zupełnie normalnego, do czego jestem w pełni przyzwyczajona. Niemniej parę rzeczy wciąż jeszcze się uzbiera.

W przypadku wznoszenia toastu w Szwajcarii, używa się słowa "prosit" lub - znacznie częściej - dialektowej wersji "pröstli" (słowo to pochodzi z łaciny i oznacza w wolnym tłumaczeniu "niech idzie na pożytek", "niech uczyni dobrze" - czyli po prostu "na zdrowie!") Niemieckie "zum Wohl" słychać tu raczej rzadko. Co natomiast przy wznoszeniu toastu ze Szwajcarem jest bardzo istotne - to, żeby w momencie, gdy stukamy swoim kieliszkiem/szklanką w jego, patrzeć mu prosto w w oczy. Jeśli tego nie robimy, zostanie to źle odebrane.

W bardzo wielu szwajcarskich restauracjach sztućce przewidziane są do... wielorazowego użytku. Czyli jeśli jemy dwa dania, wymagające widelca i noża, po zjedzeniu pierwszego powinniśmy sztućce odłożyć na bok, a nie na brudny talerz. Niemniej jeśli zapomnimy się i zostawimy je na talerzu, obsługa zabierająca go położy je nam z powrotem na stole. Mnie najwyraźniej wciąż nie do końca mieści się to w głowie, bo nagminnie o tym zapominam.
W Szwajcarii czynnością w restauracjach bardzo częstą, która nikogo nie krępuje, jest też wycieranie chlebem resztek sosu z talerza.

Jak mawia moja koleżanka, mieszkająca tu od ponad dekady, w przypadku konwersacji ze Szwajcarami zwrócić uwagę trzeba nie tylko na to, co mówią - ale też na to, czego nie mówią. Powszechnie akceptowanym sposobem konwersacji jest tutaj owijanie w bawełnę - z zachowaniem wszelkiego rodzaju możliwych form grzecznościowych (typu "mógłbyś" zamiast "możesz" czy używaniem eufemizmów - eufemizmy są zresztą czymś BARDZO szwajcarskim). Bezpośredniość bywa uważana tu za niegrzeczną czy wręcz prostacką; a czasami nawet szokującą. Jako osobie ceniącej sobie szczerość i bezpośredniość, zdarzyło mi się już kiedyś usłyszeć np. na rozmowie kwalifikacyjnej, że jestem "szokująco szczera". 
   
W związku z powyższym, czasami mam też wrażenie, że Szwajcarzy nie wiedzą co to bunt. Raz, że kontrola okazywanych emocji jest w tutejszym społeczeństwie bardzo silna, dwa - mam wrażenie, że ten niemalże genetyczny sprzeciw, cechujący większość Polaków, tutaj praktycznie nie istnieje; że ludzie przyjmują zmienne okoliczności losu z eleganckim, pełnym doskonałego opanowania uśmiechem, kwitując je co najwyżej nacechowaną subtelną ironią uwagą. Czasami to podziwiam - a czasami irytuje mnie tak, że miałabym chęć nimi potrząsnąć i wrzasnąć "ale powiedzże, co naprawdę myślisz!"             

środa, 7 lutego 2018

Ogłoszenia parafialne.

W tak zwanym międzyczasie blog dorobił się fanpage'a na Facebooku - będę tam wrzucać informacje o nowych postach oraz publikować teksty zbyt małe na notki. Zapraszam!

wtorek, 23 stycznia 2018

Nie dla psa kiełbasa! - czyli Wurst w niemieckim.

Powiedzenie z tytułu notki jest właściwie jedynym polskim przysłowiem/powiedzeniem/idiomem z kiełbasą w roli (częściowo, bo jest jeszcze pies!) głównej*. Jak widać, kiełbasa nie odgrywa w życiu Polaka specjalnej roli - a przynajmniej nie aż takiej, która odzwierciedliłaby się w języku.

Zupełnie inaczej ma się natomiast sprawa z niemieckim! Ktoś, co prawda, słysząc odpowiedź "wszystko mi jedno" ("es ist mir Wurst" - dosł. "kiełbasa mnie to"), pomyśleć mógłby, że kiełbasa zupełnie nie jest w tym języku istotna... Dalsze przykłady pokażą wszelako jasno i wyraźnie, iż jest wprost przeciwnie! Zacznijmy od powiedzenia: "Alles hat ein Ende, nur die Wurst hat zwei" ("wszystko ma swój koniec, tylko kiełbasa ma dwa"). Czy czytelny jest dla Państwa ten żal, że mimo iż wszystkie rzeczy się kończą, kiełbasa kończy się szybciej?... Żeby nie kończyła się tak szybko, możemy zawsze "eine Extrawurst kriegen" (dosł. "dostać jeszcze jedną kiełbasę") W przenośnym znaczeniu: kaprys lepszego traktowania - bo wiadomo, lepiej dwie kiełbasy w garści niż... eee, dobra, to szło jakoś inaczej. 

Jeśli niemieckojęzyczny chce podkreślić, że chodzi o coś ważnego, wówczas powie: "es geht um die Wurst!" ("chodzi o kiełbasę!") Osoba, która nie pozwala się bezkarnie krzywdzić, nie pozwala zabrać sobie kiełbasy z chleba ("sich die Wurst vom Brot nehmen/ziehen lassen") - a skrzywdzona to z kolei "biedna kiełbaska ("armes Würstchen"). Osobnik, który nie ściąga kiełbasy z talerza ("keine Wurst vom Teller ziehen"), musi być - rzecz jasna - pozbawiony energii (bo gdyby ją miał, oczywiste, że wykorzystałby ją na dorwanie się do kiełbasy!) Jeśli chcemy zaś komuś odpłacić pięknym za nadobne, odpłacamy - no, jak myślicie? Kiełbasą za kiełbasę ("Wurst wider Wurst"). 

Zgłodniały Polak zje byle co ("dobry chleb i z ości, jak się kto przepości"). Niemieckojęzyczni w identycznej trudnej sytuacji zjedzą natomiast chętnie... kiełbasę - by podkreślić dramatyzm: bez chleba! ("in der allergrößten Not schmeckt die Wurst auch ohne Brot" - "w biedzie kiełbasa smakuje również bez chleba").

I z tą, nieprawdaż, społeczno-kulturowo-historyczną konkluzją Państwa zostawiam, życząc dobrej nocy. (Łaknący wiedzy mogą natomiast sobie jeszcze sprawdzić, co znaczy "sich die Wurst pellen" - czyli "obierać sobie kiełbasę"...) 






*jeżeli komuś przychodzą do głowy jakieś inne, to niech wpisuje w komentarzach!

środa, 10 stycznia 2018

Obrazki pewnego poranka.

Jadę. Wokół mnie jest mgła - jednak nie szara, a biała, bo rozświetlana od góry blaskiem słońca. Przysłonięte cieniutką warstwą chmur, przypomina złotą monetę - tyle że blask jest tak jaskrawy, że nie da się długo na nie patrzeć. 
Podnóże Pilatusa tonie we mgle i jest zupełnie niewidoczne, za to szczyt rysuje się na tle nieba cienką, subtelną kreską. Nie pamiętam, kiedy ostatnio - i czy kiedykolwiek wcześniej - jechałam przez rozsłonecznioną mgłę.
Do parkingu podziemnego w samym centrum miasta jest jak zwykle o tej porze kolejka - i jak zwykle czekam nie dłużej niż trzy-cztery minuty. Zjeżdżam w chłodne, betonowe czeluści na najniższe piętro, bardzo ostrożnie parkuję samochód. Muszę zwinąć lusterka, bo samochód jest duży, a miejsca parkingowe bardzo małe. To zresztą najciaśniejszy parking, z jakim do tej pory się w Szwajcarii zetknęłam, ale dogodna lokalizacja sprawia, że i tak często tu parkuję. Tym razem znowu się udało, tylko wysiąść muszę od strony pasażera, bo nie mam już czasu poprawić. I tak docieram na spotkanie spóźniona o prawie pięć minut. Nie lubię tego, niezależnie od faktu, że przeprosiny zostają przyjęte z pełnym zrozumieniem. 
Po spotkaniu udaję się do biura podróży - jestem prawie pewna, że tym razem już pamiętam drogę, ale okazuje się, że jednak bez drobnej pomocy nawigacji się nie obejdzie. Dziewczyna z biura podróży rozpoznaje mnie natychmiast - musi mieć dobrą pamięć do twarzy, przecież ostatnio widziałyśmy się prawie cztery miesiące temu. Jest młoda i miła, a gdy rozmawiamy, mam - tak jak ostatnio - przyjemne wrażenie, że jej entuzjazm bynajmniej nie jest udawany i szczerze cieszy się z możliwości przygotowania dla nas wakacyjnej oferty.
Mgła rozproszyła się już, świeci słońce. Jest chłodno, ale nie tak zimno, by trzeba było włożyć szalik i czapkę. Cienki płaszcz nie krępuje ruchów. Idę, ciesząc się tym drobnym luksusem - ostatecznie mamy styczeń, miesiąc, który znacznie częściej bywa ponury i zimny, zmuszając do wkładania na siebie tylu warstw, że z ledwością można się poruszać. 
Restauracja na ostatnim piętrze sklepu jest wypełniona. Nic dziwnego, to pora lunchu. Udaje mi się jednak znaleźć stolik przy oknie. Obok mnie siadają dwie starsze, zadbane panie, przepraszając z uśmiechem - jako że, by mogły swobodnie przejść, muszę nieco przesunąć mojego laptopa. Pogrążają się w rozmowie - mówią w dialekcie, więc tylko od czasu do czasu wyłapuję coś, co rozumiem. Gwar wokół jednak wcale mi nie przeszkadza. Zamawiam tatar - okazuje się bardzo dobry i doskonale doprawiony; cebula i kapary dopełniają smaku. Na deser zjadam ciasto marchewkowe. Wersja jak dla mnie nieco zbyt zdrowa - w ciasto wmieszane są surowe wiórki marchewki. Zielona herbata jest za to taka jak trzeba - popijam, czytając blogi. W końcu jednak herbata się kończy - co jest znakiem, że pora pogrążyć się w pracy.

wtorek, 9 stycznia 2018

O przemieszczaniu się i skojarzeniach.

Jestem człowiekiem, którego domyślna orientacja w terenie jest, ujmując rzecz oględnie, taka sobie. Owszem, potrafię doskonale zapamiętać nową trasę - pod warunkiem, że się na tej czynności skoncentruję... Jeżeli nie, mogę przechodzić czy przejeżdżać z punktu A do punktu B nawet parę razy, a szanse, że wiem, którędy dokładnie trzeba podążać, są nikłe. (W tym miejscu ktoś dociekliwy mógłby spytać, dlaczego w takim razie nie skupiam się częściej, kiedy przemierzam nowe drogi? I to jest, proszę Państwa, bardzo dobre pytanie! Poproszę o następne). Obejrzenie wcześniej mapy niewiele mi daje, bo te papierowe są po pierwsze płaskie, po drugie musiałabym je oglądać obrócone dokładnie w takim kierunku, z jakiego będę wyruszać. GoogleMaps jest co prawda trójwymiarowe, ale prezentuje widok z lotu ptaka - co wystarczy, żebym nie miała żadnych szans rozpoznać tych samych miejsc, gdy widzę je z boku. Świat wygląda też dla mnie zupełnie inaczej w słońcu porannym, popołudniowym, w deszczu i w nocy. W związku z tym z niewymownym zachwytem przyjęłam swego czasu pojawienie się nawigacji - i nie zaprzątam już sobie głowy sprawdzaniem czegokolwiek; ot, wklepuję adres i idę bądź jadę zgodnie ze wskazówkami. Kiedyś już co prawda raz z(a)wiodła mnie nawigacja Google - wtedy nie było tak źle, bo szukana ulica była ok. 200 m dalej od miejsca, w którym według Google być miała. Wczoraj za to pojechałam na spotkanie, kierując się wskazaniami nawigacji samochodowej - po to tylko, żeby po dotarciu do celu odkryć, że tak naprawdę znajduje się on o kwadrans jazdy (!) dalej. Czy muszę dodawać, że w obydwu wspomnianych przypadkach musiałam zdążyć na ważne spotkanie, a spóźnienia uniknęłam tylko dzięki tendencji do wyruszania z zapasem co najmniej kwadransa (a najczęściej pół godziny)?... Każde pokładanie nadmiernej ufności w technologii zostanie ukarane! (por. "wszyscy zginiemy"). 

Dziś po raz kolejny przemierzałam autostrady szwajcarskie, podczas gdy w radiu mówiono, że ktokolwiek chciałby udać się do lub wyjechać z Zermatt*, nie ma takiej możliwości, bo zagrożenie lawinowe. Informowano także, że w Alpach spadło jeszcze więcej śniegu. W momencie, gdy przyspieszałam (bo skończyło się ograniczenie prędkości) i rozmyślałam, że śnieg ten przydałby się w tej chwili bardziej mojemu koledze, który miał nadzieję na narty w Sudetach, kierowca samochodu na prawym pasie, mimo że nic przed nim nie jechało, postanowił chytrze przetestować moją czujność oraz hamulce - a może po prostu jest fanem życia na krawędzi? - i wyskoczył mi znienacka tuż przed maskę, nie włączywszy oczywiście migacza, bo to by popsuło całą niespodziankę. Test mojej czujności powiódł się w stu procentach, wyrwał mi się jedynie agresywny i niecenzuralny komentarz, tyczący się zdrowia umysłowego rzeczonego osobnika. Panu (bo jak się chwilę później przekonałam, wymijając go, gdy wrócił na prawy pas, był to pan w wieku około pięćdziesiątki) życzę dużo szczęścia - przy takim stylu jazdy będzie mu potrzebne. 

Swoją drogą, niesygnalizowanie zmiany pasa na autostradzie jest tu dość częste. W związku z czym, zwłaszcza gdy podjeżdżam blisko osobówek, jadących za ciężarówkami i już-już mam je minąć, zawsze łypię podejrzliwie, szukając oznak, że na pomysł wyprzedzania wpadną w tzw. ostatniej sekundzie (a ja wtedy, oczywiście, będę musiała hamować). Pojęcie "wystarczającej odległości" jest bowiem najwyraźniej zdefiniowane w ludzkich umysłach w fascynująco odmienny sposób. A skoro już o tym mówimy, nadmienię, że specjalnym uczuciem darzę też osobników dyszących w kark - którzy, gdy ja przy dozwolonym 120 jadę 124 (policja odejmuje 5 km od pomiarów radaru), siedzą mi na ogonie, dając do zrozumienia, że nie będę im dyktować, w jaki sposób wydadzą pensję i dlaczego na mandat. (Stereotyp szwajcarski mówi, że zachowaniami tymi cechują się mieszkańcy kantonu Aargau - i rzeczywiście, moje osobiste statystyki odnotowują istotną korelację, to musi być prawda!!1) Ustępuję im miejsca natychmiast, gdy tylko mogę - i z bezpiecznej odległości obserwuję, jak siadają na karku kolejnej osobie hen, z przodu. Za kierownicą jestem bowiem miła, zgodna i ustępliwa, choć istnieje zjawisko, które mój poziom agresji podnosi - a są nim ludzie, jadący 110 lewym pasem przy ograniczeniach do 120, podczas gdy zarówno przed nimi, jak i po prawej nie ma nikogo (na szczęście to zdarza się nieczęsto, w zeszłym roku naliczyłam takich dwóch).

                            
Oprócz tego chciałam powiedzieć, że na blogu DS znalazłam starą notkę o tym, jak kojarzą jej się pewne słowa z poszczególnych języków. Co przypomniało mi, że są dwa niemieckie słowa, z którymi - wbrew ich znaczeniu - skojarzenia mam złe. Ale jak tu ich nie mieć, skoro "traumhaft" ("bajeczny") w pierwszej sekundzie nasuwa myśl o traumie (niem. der Traum - sen, die Trauma - trauma), a "Leidenschaft" ("pasja", "namiętność") zaczyna się od czasownika "leiden" ("cierpieć")?     






*najsłynniejsza szwajcarska miejscowość, ta, z której najlepiej widać górę Matterhorn - tę, której profil przedstawiony jest na czekoladkach Toblerone  

niedziela, 31 grudnia 2017

Moje osobiste podsumowanie roku 2017.

Podobno człowiek jest młody tak długo, jak długo uczy się czegoś nowego oraz robi to czy owo po raz pierwszy w życiu. Jeśli przyjąć tę definicję (a bardzo mi się ona podoba!), to starość nie grozi mi jeszcze długo. 
A tymczasem poniżej lista rzeczy, które zrobiłam w mijającym roku po raz pierwszy w życiu (a zarazem podsumowanie, jaki był dla mnie ten rok).

1) kategoria "życie osobiste"
To, co było dla mnie w tym roku najważniejsze i najpiękniejsze:
- zaręczyłam się
- wyszłam za mąż

Z czym wiąże się m.in. to, że byłam bohaterką świetnego wieczoru panieńskiego (dzięki raz jeszcze, dziewczyny - a szczególnie Tobie, A.!) oraz odbyłam ceremonię wybierania obrączek, w Szwajcarii bardzo fajną.

2) kategoria "podróże"
- pojechałam na trzy tygodnie do Ameryki Południowej - a konkretnie Brazylii
- odwiedziłam Lazurowe Wybrzeże
- po raz pierwszy pojechałam do Barcelony razem z mężem
- odwiedziłam dziesiątki nowych miejsc w Szwajcarii
- w ramach podróży poślubnej pojechałam na Seszele - najpiękniejszego miejsca na Ziemi, w jakim do tej pory byłam

A z tym wiąże się m.in. to, że: 
- prowadziłam samochód na innych kontynentach (a właściwie wyspach - Seszelach i brazylijskiej Florianopolis)
- nauczyłam się nurkować z maską (wcześniej nurkowałam tylko z butlą i resztą oprzyrządowania)
- byłam na kamienistej plaży (zdecydowanie wolę piaszczyste!)
- leciałam maleńkim, zaledwie kilkuosobowym samolotem
- jechałam najbardziej stromą kolejką szynową w Europie
- oraz kolejna kategoria...

3) kategoria "jedzenie"
Poza tym, że cieszyłam zmysł smaku tysiącami różnych potraw, wśród których część jadłam po raz pierwszy (jeśli mam możliwość spróbować czegoś, czego jeszcze nie jadłam, zawsze to robię), na szczególną uwagę zasługuje to, że:
- w Brazylii jadłam najlepsze na świecie owoce morza (żadne inne, które jadłam do tej pory nie umywają się do brazylijskich!)
- we Francji jadłam ostrygi "na zimno", które po ostrygach brazylijskich (takich na parze albo takich zalanych żółtym serem) nie wzbudziły we mnie niestety oczekiwanego entuzjazmu 
- odwiedziłam (już kilkakrotnie i zamierzam wracać tak często, jak się da!) szwajcarską miejscowość Gruyères, gdzie serwują najlepszą na świecie śmietanę (np. z owocami) oraz doskonałe fondue

4) kategoria "różne"
- powiększyliśmy rodzinę o trzeciego kota
- zrezygnowałam z niesatysfakcjonującej, nieciekawej pracy
- przejechałam jako kierowca tysiące kilometrów
- nauczyłam się tankować (tak, wcześniej zawsze ktoś robił to za mnie)
- odważyłam się wreszcie pojechać rollercoasterem Silver Star (i było rewelacyjnie! siedzieliśmy oczywiście na samym przedzie)
- zaczęłam uczyć się francuskiego
- zjechałam do wody z 200 m zjeżdżalni (zyskując dzięki temu największego sińca w życiu! na szczęście dawno już zniknął)
- byłam na paru eventach zawodowych (przeznaczonych tylko dla kobiet, dzięki czemu miałam możliwość poznać kilka naprawdę świetnych dziewczyn).  

To był doskonały rok, pełen dobrych zmian i wydarzeń. Mam nadzieję, że następny co najmniej mu dorówna - czego serdecznie Wam i sobie życzę!