środa, 10 stycznia 2018

Obrazki pewnego poranka.

Jadę. Wokół mnie jest mgła - jednak nie szara, a biała, bo rozświetlana od góry blaskiem słońca. Przysłonięte cieniutką warstwą chmur, przypomina złotą monetę - tyle że blask jest tak jaskrawy, że nie da się długo na nie patrzeć. 
Podnóże Pilatusa tonie we mgle i jest zupełnie niewidoczne, za to szczyt rysuje się na tle nieba cienką, subtelną kreską. Nie pamiętam, kiedy ostatnio - i czy kiedykolwiek wcześniej - jechałam przez rozsłonecznioną mgłę.
Do parkingu podziemnego w samym centrum miasta jest jak zwykle o tej porze kolejka - i jak zwykle czekam nie dłużej niż trzy-cztery minuty. Zjeżdżam w chłodne, betonowe czeluści na najniższe piętro, bardzo ostrożnie parkuję samochód. Muszę zwinąć lusterka, bo samochód jest duży, a miejsca parkingowe bardzo małe. To zresztą najciaśniejszy parking, z jakim do tej pory się w Szwajcarii zetknęłam, ale dogodna lokalizacja sprawia, że i tak często tu parkuję. Tym razem znowu się udało, tylko wysiąść muszę od strony pasażera, bo nie mam już czasu poprawić. I tak docieram na spotkanie spóźniona o prawie pięć minut. Nie lubię tego, niezależnie od faktu, że przeprosiny zostają przyjęte z pełnym zrozumieniem. 
Po spotkaniu udaję się do biura podróży - jestem prawie pewna, że tym razem już pamiętam drogę, ale okazuje się, że jednak bez drobnej pomocy nawigacji się nie obejdzie. Dziewczyna z biura podróży rozpoznaje mnie natychmiast - musi mieć dobrą pamięć do twarzy, przecież ostatnio widziałyśmy się prawie cztery miesiące temu. Jest młoda i miła, a gdy rozmawiamy, mam - tak jak ostatnio - przyjemne wrażenie, że jej entuzjazm bynajmniej nie jest udawany i szczerze cieszy się z możliwości przygotowania dla nas wakacyjnej oferty.
Mgła rozproszyła się już, świeci słońce. Jest chłodno, ale nie tak zimno, by trzeba było włożyć szalik i czapkę. Cienki płaszcz nie krępuje ruchów. Idę, ciesząc się tym drobnym luksusem - ostatecznie mamy styczeń, miesiąc, który znacznie częściej bywa ponury i zimny, zmuszając do wkładania na siebie tylu warstw, że z ledwością można się poruszać. 
Restauracja na ostatnim piętrze sklepu jest wypełniona. Nic dziwnego, to pora lunchu. Udaje mi się jednak znaleźć stolik przy oknie. Obok mnie siadają dwie starsze, zadbane panie, przepraszając z uśmiechem - jako że, by mogły swobodnie przejść, muszę nieco przesunąć mojego laptopa. Pogrążają się w rozmowie - mówią w dialekcie, więc tylko od czasu do czasu wyłapuję coś, co rozumiem. Gwar wokół jednak wcale mi nie przeszkadza. Zamawiam tatar - okazuje się bardzo dobry i doskonale doprawiony; cebula i kapary dopełniają smaku. Na deser zjadam ciasto marchewkowe. Wersja jak dla mnie nieco zbyt zdrowa - w ciasto wmieszane są surowe wiórki marchewki. Zielona herbata jest za to taka jak trzeba - popijam, czytając blogi. W końcu jednak herbata się kończy - co jest znakiem, że pora pogrążyć się w pracy.

wtorek, 9 stycznia 2018

O przemieszczaniu się i skojarzeniach.

Jestem człowiekiem, którego domyślna orientacja w terenie jest, ujmując rzecz oględnie, taka sobie. Owszem, potrafię doskonale zapamiętać nową trasę - pod warunkiem, że się na tej czynności skoncentruję... Jeżeli nie, mogę przechodzić czy przejeżdżać z punktu A do punktu B nawet parę razy, a szanse, że wiem, którędy dokładnie trzeba podążać, są nikłe. (W tym miejscu ktoś dociekliwy mógłby spytać, dlaczego w takim razie nie skupiam się częściej, kiedy przemierzam nowe drogi? I to jest, proszę Państwa, bardzo dobre pytanie! Poproszę o następne). Obejrzenie wcześniej mapy niewiele mi daje, bo te papierowe są po pierwsze płaskie, po drugie musiałabym je oglądać obrócone dokładnie w takim kierunku, z jakiego będę wyruszać. GoogleMaps jest co prawda trójwymiarowe, ale prezentuje widok z lotu ptaka - co wystarczy, żebym nie miała żadnych szans rozpoznać tych samych miejsc, gdy widzę je z boku. Świat wygląda też dla mnie zupełnie inaczej w słońcu porannym, popołudniowym, w deszczu i w nocy. W związku z tym z niewymownym zachwytem przyjęłam swego czasu pojawienie się nawigacji - i nie zaprzątam już sobie głowy sprawdzaniem czegokolwiek; ot, wklepuję adres i idę bądź jadę zgodnie ze wskazówkami. Kiedyś już co prawda raz z(a)wiodła mnie nawigacja Google - wtedy nie było tak źle, bo szukana ulica była ok. 200 m dalej od miejsca, w którym według Google być miała. Wczoraj za to pojechałam na spotkanie, kierując się wskazaniami nawigacji samochodowej - po to tylko, żeby po dotarciu do celu odkryć, że tak naprawdę znajduje się on o kwadrans jazdy (!) dalej. Czy muszę dodawać, że w obydwu wspomnianych przypadkach musiałam zdążyć na ważne spotkanie, a spóźnienia uniknęłam tylko dzięki tendencji do wyruszania z zapasem co najmniej kwadransa (a najczęściej pół godziny)?... Każde pokładanie nadmiernej ufności w technologii zostanie ukarane! (por. "wszyscy zginiemy"). 

Dziś po raz kolejny przemierzałam autostrady szwajcarskie, podczas gdy w radiu mówiono, że ktokolwiek chciałby udać się do lub wyjechać z Zermatt*, nie ma takiej możliwości, bo zagrożenie lawinowe. Informowano także, że w Alpach spadło jeszcze więcej śniegu. W momencie, gdy przyspieszałam (bo skończyło się ograniczenie prędkości) i rozmyślałam, że śnieg ten przydałby się w tej chwili bardziej mojemu koledze, który miał nadzieję na narty w Sudetach, kierowca samochodu na prawym pasie, mimo że nic przed nim nie jechało, postanowił chytrze przetestować moją czujność oraz hamulce - a może po prostu jest fanem życia na krawędzi? - i wyskoczył mi znienacka tuż przed maskę, nie włączywszy oczywiście migacza, bo to by popsuło całą niespodziankę. Test mojej czujności powiódł się w stu procentach, wyrwał mi się jedynie agresywny i niecenzuralny komentarz, tyczący się zdrowia umysłowego rzeczonego osobnika. Panu (bo jak się chwilę później przekonałam, wymijając go, gdy wrócił na prawy pas, był to pan w wieku około pięćdziesiątki) życzę dużo szczęścia - przy takim stylu jazdy będzie mu potrzebne. 

Swoją drogą, niesygnalizowanie zmiany pasa na autostradzie jest tu dość częste. W związku z czym, zwłaszcza gdy podjeżdżam blisko osobówek, jadących za ciężarówkami i już-już mam je minąć, zawsze łypię podejrzliwie, szukając oznak, że na pomysł wyprzedzania wpadną w tzw. ostatniej sekundzie (a ja wtedy, oczywiście, będę musiała hamować). Pojęcie "wystarczającej odległości" jest bowiem najwyraźniej zdefiniowane w ludzkich umysłach w fascynująco odmienny sposób. A skoro już o tym mówimy, nadmienię, że specjalnym uczuciem darzę też osobników dyszących w kark - którzy, gdy ja przy dozwolonym 120 jadę 124 (policja odejmuje 5 km od pomiarów radaru), siedzą mi na ogonie, dając do zrozumienia, że nie będę im dyktować, w jaki sposób wydadzą pensję i dlaczego na mandat. (Stereotyp szwajcarski mówi, że zachowaniami tymi cechują się mieszkańcy kantonu Aargau - i rzeczywiście, moje osobiste statystyki odnotowują istotną korelację, to musi być prawda!!1) Ustępuję im miejsca natychmiast, gdy tylko mogę - i z bezpiecznej odległości obserwuję, jak siadają na karku kolejnej osobie hen, z przodu. Za kierownicą jestem bowiem miła, zgodna i ustępliwa, choć istnieje zjawisko, które mój poziom agresji podnosi - a są nim ludzie, jadący 110 lewym pasem przy ograniczeniach do 120, podczas gdy zarówno przed nimi, jak i po prawej nie ma nikogo (na szczęście to zdarza się nieczęsto, w zeszłym roku naliczyłam takich dwóch).

                            
Oprócz tego chciałam powiedzieć, że na blogu DS znalazłam starą notkę o tym, jak kojarzą jej się pewne słowa z poszczególnych języków. Co przypomniało mi, że są dwa niemieckie słowa, z którymi - wbrew ich znaczeniu - skojarzenia mam złe. Ale jak tu ich nie mieć, skoro "traumhaft" ("bajeczny") w pierwszej sekundzie nasuwa myśl o traumie (niem. der Traum - sen, die Trauma - trauma), a "Leidenschaft" ("pasja", "namiętność") zaczyna się od czasownika "leiden" ("cierpieć")?     






*najsłynniejsza szwajcarska miejscowość, ta, z której najlepiej widać górę Matterhorn - tę, której profil przedstawiony jest na czekoladkach Toblerone  

niedziela, 31 grudnia 2017

Moje osobiste podsumowanie roku 2017.

Podobno człowiek jest młody tak długo, jak długo uczy się czegoś nowego oraz robi to czy owo po raz pierwszy w życiu. Jeśli przyjąć tę definicję (a bardzo mi się ona podoba!), to starość nie grozi mi jeszcze długo. 
A tymczasem poniżej lista rzeczy, które zrobiłam w mijającym roku po raz pierwszy w życiu (a zarazem podsumowanie, jaki był dla mnie ten rok).

1) kategoria "życie osobiste"
To, co było dla mnie w tym roku najważniejsze i najpiękniejsze:
- zaręczyłam się
- wyszłam za mąż

Z czym wiąże się m.in. to, że byłam bohaterką świetnego wieczoru panieńskiego (dzięki raz jeszcze, dziewczyny - a szczególnie Tobie, A.!) oraz odbyłam ceremonię wybierania obrączek, w Szwajcarii bardzo fajną.

2) kategoria "podróże"
- pojechałam na trzy tygodnie do Ameryki Południowej - a konkretnie Brazylii
- odwiedziłam Lazurowe Wybrzeże
- po raz pierwszy pojechałam do Barcelony razem z mężem
- odwiedziłam dziesiątki nowych miejsc w Szwajcarii
- w ramach podróży poślubnej pojechałam na Seszele - najpiękniejszego miejsca na Ziemi, w jakim do tej pory byłam

A z tym wiąże się m.in. to, że: 
- prowadziłam samochód na innych kontynentach (a właściwie wyspach - Seszelach i brazylijskiej Florianopolis)
- nauczyłam się nurkować z maską (wcześniej nurkowałam tylko z butlą i resztą oprzyrządowania)
- byłam na kamienistej plaży (zdecydowanie wolę piaszczyste!)
- leciałam maleńkim, zaledwie kilkuosobowym samolotem
- jechałam najbardziej stromą kolejką szynową w Europie
- oraz kolejna kategoria...

3) kategoria "jedzenie"
Poza tym, że cieszyłam zmysł smaku tysiącami różnych potraw, wśród których część jadłam po raz pierwszy (jeśli mam możliwość spróbować czegoś, czego jeszcze nie jadłam, zawsze to robię), na szczególną uwagę zasługuje to, że:
- w Brazylii jadłam najlepsze na świecie owoce morza (żadne inne, które jadłam do tej pory nie umywają się do brazylijskich!)
- we Francji jadłam ostrygi "na zimno", które po ostrygach brazylijskich (takich na parze albo takich zalanych żółtym serem) nie wzbudziły we mnie niestety oczekiwanego entuzjazmu 
- odwiedziłam (już kilkakrotnie i zamierzam wracać tak często, jak się da!) szwajcarską miejscowość Gruyères, gdzie serwują najlepszą na świecie śmietanę (np. z owocami) oraz doskonałe fondue

4) kategoria "różne"
- powiększyliśmy rodzinę o trzeciego kota
- zrezygnowałam z niesatysfakcjonującej, nieciekawej pracy
- przejechałam jako kierowca tysiące kilometrów
- nauczyłam się tankować (tak, wcześniej zawsze ktoś robił to za mnie)
- odważyłam się wreszcie pojechać rollercoasterem Silver Star (i było rewelacyjnie! siedzieliśmy oczywiście na samym przedzie)
- zaczęłam uczyć się francuskiego
- zjechałam do wody z 200 m zjeżdżalni (zyskując dzięki temu największego sińca w życiu! na szczęście dawno już zniknął)
- byłam na paru eventach zawodowych (przeznaczonych tylko dla kobiet, dzięki czemu miałam możliwość poznać kilka naprawdę świetnych dziewczyn).  

To był doskonały rok, pełen dobrych zmian i wydarzeń. Mam nadzieję, że następny co najmniej mu dorówna - czego serdecznie Wam i sobie życzę!

czwartek, 28 grudnia 2017

Rzecz o śwyątecznych iarmarkach.

Święta. Uwielbiam. Kiedy o nich myślę, uświadamiam sobie zawsze, jaką jestem szczęściarą - bo ciągle czuję tę samą radość, jaką odczuwałam jako dziecko (tyle że pozostały do świąt czas, którego w dzieciństwie było mnóstwo, nagle znacząco się skrócił). Już w listopadzie nastawiam ciasto na piernik staropolski, w grudniu pieczemy świąteczne ciasteczka: częściowo sami, częściowo z rodziną A. Kompletuję prezenty, z góry ciesząc się na myśl o radości obdarowywanych. Z radia i płyt płyną kolędy. Zaopatrujemy się kalendarze adwentowe - czekolada wydobywana z okienek wciąż pachnie tak, jak trzydzieści lat temu. Nabywam wszelkie niezbędne drobiazgi, które uwielbiam kupować: serwetki, papier do pakowania prezentów, bileciki, świeczki... A. i ja bierzemy urlopy do końca roku, przylatują moi rodzice: w efekcie mam koło siebie wszystkich, których najbardziej kocham - i masę wolnego czasu, by się tym nacieszyć. Jeśli pogoda i temperatura pozwalają, a mamy ochotę gdzieś wyjść, spędzamy czas w górach czy na spacerach. Jeśli nie, wylegujemy się i objadamy w pieleszach domowych: rozmawiając, grając, oglądając... czy po prostu czytając (zaopatrzeniem Kindli w nowe, interesujące pozycje zajmuję się odpowiednio wcześnie ja). Świętujemy też wspólnie z rodziną A. - przy szwajcarskim jedzeniu i dobrym winie. Ale prócz tego mamy jeszcze jedną - powiązaną ściśle z Bożym Narodzeniem, choć przedświąteczną - tradycję, którą pielęgnujemy, odkąd przeprowadziłam się do Szwajcarii: a mianowicie wizytę na Weihnachtsmarkt (jarmarku świątecznym).


W ciągu ostatnich kilku lat odwiedziliśmy zarówno jarmarki szwajcarskie, niemieckie, jak i francuskie. Szwajcarskie odwiedzamy zwykle w więcej niż jednym mieście - są niewielkie i można je szybko obejść. Natomiast Niemcy czy Francja to już wyprawa na cały dzień - zarówno ze względu na odległość, jak i rozmiary jarmarków. 

Mimo iż tradycja jarmarkowa pochodzi ponoć z Niemiec, to właśnie niemieckie jarmarki wypadają moim zdaniem najsłabiej (co nie znaczy, że źle i są niewarte odwiedzenia!) Odwiedziliśmy Konstancję i Stuttgart. O ile miasta są interesujące architektonicznie i na pewno wrócimy tam kiedyś w lecie, o tyle asortyment sprzedawany na jarmarkach jest niezbyt ciekawy: bardzo dużo wszędobylskiego kiczu, bardzo mało produktów domowej roboty (ciasteczek, dżemów, mięsa, itp.) czy interesujących a nietypowych drobiazgów... i najmniej smaczne grzane wino. 

Niewątpliwym jasnym punktem Stuttgartu była za to kluska na parze (zwana w niektórych regionach Polski pampuchem) z sosem śliwkowym! Jest też oczywiście duży wybór dobrych smażonych kiełbas, jako że Niemcy kiełbasą stoją. (Serdecznie odradzam za to kupowanie tam jakichkolwiek dań szwajcarskich, takich jak fondue czy raclette).


Zupełnie inaczej rzecz ma się z Francją, gdzie odwiedziliśmy do tej pory Colmar i Strasbourg (ten ostatni już trzykrotnie). Co prawda francuskie grzane wino smakiem wciąż ustępuje szwajcarskiemu (i podawane jest w plastikowych kubkach, a nie ceramicznych, jak w Szwajcarii), ale za to bogaty jest asortyment wszelkiej maści produktów spożywczych: od dżemów, marmolad i konfitur, poprzez pierniki, ciasteczka i słodycze wszelkiej maści, mięso, wędliny, (nielubiane przeze mnie) foie gras, na świetnym winie i rewelacyjnych mieszankach herbat kończąc. Da się też znaleźć sporo uroczych drobiazgów, które świetnie uzupełniają większe prezenty. 


W Strasbourgu są do tego dwa specyficzne miejsca jarmarkowe (bo jarmark jako taki jest rozrzucony po całym mieście): jedno reprezentuje co roku inny kraj i kupić tam można wszystko, co z tym krajem jest związane (w tym roku była to Islandia), a drugie - przy miejskiej choince - to stragany rozmaitych organizacji charytatywnych, gdzie sprzedawane są produkty wykonane przez osoby, na rzecz których organizacja działa - by w ten sposób ją wesprzeć. Tym razem było tam sporo straganów prowadzonych przez uchodźców, oferujących między innymi przepyszne jedzenie (a wszyscy sprzedający mówili biegle po angielsku!) We Francji można dostać też bardzo dobre naleśniki - oraz (jako że to Alzacja) niezłe Flammkuchen.  

Jeśli natomiast chodzi o Szwajcarię - asortyment na każdym z jarmarków jest podobny jak we Francji (tyle że sporo mniejszy - i oczywiście sporo drożej), za to grzane wino - zarówno białe, jak i czerwone - jest doskonałe. Dodatkowo w Bazylei jest stragan, gdzie sprzedają rewelacyjne owoce, oblane czekoladą (teoretycznie można dostać coś podobnego w Niemczech czy Francji, ale ich czekolada jest w porównaniu baaardzo kiepska) oraz najpyszniejszy nugat, jaki w życiu jadłam. 

W Lucernie dla odmiany jarmark oferuje ukochane przeze mnie plastry jabłek, smażone w cieście i oblane sosem waniliowym - i świetne pieczywo z pieca opalanego drewnem. I oczywiście na każdym szwajcarskim jarmarku bez najmniejszego ryzyka dla kubków smakowych inwestować można w fondue i raclette!

środa, 6 grudnia 2017

Oszczędzanie konsumenckie w Szwajcarii.

Tytuł brzmi bardzo poważnie. Ale nie, to nie jest notka o tym, jaką wybrać lokatę albo czy warto inwestować w nieruchomości. Jak również nie poradnik odnośnie gry na giełdzie czy inwestycji w bitcoiny.  Może kiedyś.

Jak można więc jeszcze oszczędzać w pięknym helweckim kraju, znanym skądinąd także np. z wysokich cen usług? Sposobów jest kilka, a choć żaden z nich specjalnie odkrywczy, zdecydowałam się zebrać je tutaj. Być może komuś się to przyda.

Sposób pierwszy - czyli częściowa sprzedaż naszej prywatności. Konkretnie mam na myśli udział we wszelkiego rodzaju programach lojalnościowych. W Szwajcarii te najbardziej wartościowe oferują moim zdaniem sieci spożywcze - Coop i Migros - oraz sieci domów towarowych: Globus i Manor. 
Zarówno w Coopie, jak i Migrosie za każdy zakup otrzymuje się punkty. (Punkty otrzymuje się też za zakup w paru innych sklepach, należących do sieci - sprzedających elektronikę, meble, artykuły sportowe, AGD, itp. itd.) Obydwie sieci oferują też appki, w których pokazane są aktualnie dostępne kupony na pomnażanie punktów (o ile jednak Migros pokazuje wszystkie kupony, także te, które dostaliśmy w wersji papierowej po dokonaniu płatności, o tyle papierowe z Coopa niestety nie trafiają do appki - trzeba je nosić ze sobą. W związku z czym zazwyczaj nigdy o nich nie pamiętam). Kupony te można szybko i łatwo (jednym klikiem) aktywować podczas robienia zakupów. 
W przypadku Coopa zebranymi punktami można zapłacić w sklepie - ale tylko w ciągu kilku wybranych dni w roku. Kasjerzy i kasjerki zwykle o tym informują, appka również - tak więc któregoś dnia jest się po prostu mile zaskoczonym, że akurat dzisiaj nie trzeba wydać pieniędzy na zakupy. Migros natomiast co dwa miesiące wymienia punkty na bony frankowe - oferując ok. 5% zwrot wydanych przez nas pieniędzy. Bonami tymi można albo zapłacić podczas następnych zakupów, albo wykorzystać je do zniżek podczas korzystania z migrosowej szkoły językowej, biura podróży i wielu innych. Szczegóły są w ulotce, którą dostaje się razem z bonami. Osobiście zawsze wydaję je po prostu na zakupy. Coop, jak już tu wspominałam, organizuje z kolei np. targi winne - gdzie można zamówić doskonałe wino (przy dwunastu lub większej liczbie butelek dostaje się zniżkę). 

Jeżeli chodzi o Globusa i Manora - nie są to z pewnością sklepy tanie, ale oferują w zamian bardzo dobrą jakość. Osobiście jestem zwolenniczką teorii, że lepiej mieć ubrań, butów czy torebek mniej - ale takich, które są doskonałej jakości i w nienagannym stanie posłużą dłużej, a nie będą wyglądać na zużyte po pierwszym praniu czy jednym sezonie. Cenię też materiały naturalne, takie jak bawełna, jedwab czy kaszmir. (Świetne podsumowanie, czym charakteryzują się dostępne na rynku materiały, jakie mają wady i zalety i które z nich warto kupować, znajduje się tutaj). Tym samym, wydając więcej jednokrotnie, tak naprawdę oszczędzamy - o tym właśnie mechanizmie wspominał zresztą Terry Pratchett w jednej ze swoich książek
Zarówno Globus jak i Manor oferują oczywiście także karty lojalnościowe. Są one pewnym rodzajem karty kredytowej - tzn. możemy za ich pomocą robić zakupy (limit zostanie wyznaczony na podstawie informacji o naszych rocznych zarobkach; jeśli nie chcemy jej podać, dostaniemy najniższy); rachunek przychodzi po ok. miesiącu. Nie jest to jednak przymus - możemy, posiadając te karty, korzystać z wszelkiego rodzaju oferowanych przez nie promocji, a płacić gotówką. Co kto lubi i jak komu pasuje. Punkty wymieniane są na kupony zniżkowe. W ciągu roku dla posiadaczy kart jest też wiele akcji zniżkowych typu -20% albo 20 CHF zwrotu za każde wydane 100 CHF.

Sposób drugi: jeśli mamy samochód: zarówno Migros jak i Coop oferują również kupony na tańszą benzynę na swoich stacjach. Wszelkich napraw, przeglądów czy wymiany opon warto dokonywać w warsztatach nienależących do żadnego salonu dealerskiego - cena potrafi być nawet dwukrotnie niższa! Można też, oczywiście - jeśli ktoś ma czas i kalkulują mu się koszty benzyny - pojechać do Niemiec albo Francji. 

Ano właśnie - to jest sposób trzeci: Niemcy i Francja. Francja jest moim zdaniem doskonałym miejscem na kupowanie butów, ubrań czy torebek; nie dość, że mają normalną (tzn. polską ;-) rozmiarówkę - a nie zawyżoną, jak to się często zdarza w Niemczech - to jeszcze jest taniej i duży wybór fajnych rzeczy (polecam zakupy w Mulhouse, Colmar czy Strasbourgu). Niemcy -  nie dość, że taniej, to dostaniemy jeszcze zwrot podatku. To samo tyczy się zresztą usług. Szwajcarzy dzielą się tu na dwa obozy - są tacy, którzy na zakupy do Francji czy Niemiec jeżdżą (ci z miast przygranicznych nawet bardzo regularnie) i nie dość, że oszczędzają na zakupach, to dostają potem jeszcze zwrot podatku - ale są też tacy, którzy uważają to za niepatriotyczne i Szwajcarii szkodzące (tzw. dane anecdatyczne: albo bardzo młodzi albo bardzo bogaci). Kiedy jeszcze mieszkałam w Bazylei, duże zakupy spożywcze robiłam zawsze raz na miesiąc w Niemczech. Obecnie jestem tam raczej raz na parę miesięcy - i przy okazji załatwiam inne sprawy, jak wysyłka listów czy paczek (Niemcy należą, jak wiadomo, do Unii Europejskiej, więc tym samym unika się niebezpieczeństwa zatrzymania paczki na cle; i oczywiście jest sporo taniej) - albo odbiór paczek, których nie mogłam zamówić do Szwajcarii (bardzo wiele sklepów z terenów UE nie wysyła zamówień do państw spoza UE). 

Tym samym wchodzimy płynnie w sposób czwarty - żeby wspomniany wyżej problem można było obejść, powstała firma Grenzpaket, która umożliwia zamawianie do tzw. Paketshopów - będących oczywiście na terenie Niemiec: czyli zamawiając, można podać niemiecki adres. Działa to wszystko bardzo płynnie. Gdy przychodzi przesyłka, dostajemy powiadomienie mejlem i SMS-em i od tego momentu mamy dwa tygodnie na jej odbiór (choć z moich doświadczeń, jeśli paczka nie jest duża, można przechować ją tam nawet parę dni dłużej bez żadnych dodatkowych opłat - wystarczy poprosić). Godziny otwarcia Paketshopów są przyjazne, zwykle jest to też sobota; o wszelkich zmianach sumiennie informują mejlem, a opłata za przechowanie przesyłek jest niewielka (parę EUR, zależy to od wielkości paczki). Można płacić również we frankach. 
Dla zwizualizowania, ile można dzięki niemieckiemu adresowi jednorazowo zaoszczędzić - kiedy kupowałam automaty do karmienia kotów, za dokładnie ten sam produkt kupowany w Niemczech zapłaciłam 30 CHF mniej. Czyli na dwóch automatach zaoszczędziłam dokładnie 60 CHF (!) Dodatkowo należy pamiętać o tym, że o ile przy wwozie osobistym towaru do Szwajcarii cło naliczane jest powyżej 300 CHF na głowę, o tyle przy paczkach pocztowych już od 60 CHF... (pewne produkty są z oclenia wyłączone, np. książki - ale ubrania czy płyty DVD niestety nie).

Sposób piąty - dotyczy wynajmu mieszkania. Nim się je wynajmie, warto zorientować się, czy budynek ma ściany pokryte izolacją, a okna są nowe i szczelne. Jeśli nie, możemy później słono zapłacić za ogrzewanie (zwłaszcza jeśli ktoś jest ciepłolubny, jak na przykład ja - i chce utrzymać w mieszkaniu odpowiednio wysoką temperaturę. Z moich doświadczeń wynika również, że ogrzewanie podłogowe - nawet w bardzo dobrze izolowanym budynku - jest mniej efektywne, a droższe od kaloryferów). Nie polecam też mieszkań z ogrzewaniem gazowym czy gazowymi bojlerami - gaz również generuje wysokie koszty. Bywają też mieszkania, gdzie czynsz jest relatywnie niewielki, ale wysokie są opłaty dodatkowe (tzw. Nebenkosten) - warto wcześniej się zorientować, jakie są ich prognozy i co dokładnie wchodzi w skład. Trzeba też pamiętać, że za miejsce w garażu zwykle płaci się dodatkowo.

Sposób szósty - sprawdzać co roku, nie później niż w okolicach września, czy któraś z sensownych (tzn. niemających złej opinii) firm ubezpieczeniowych oferuje niższe koszty ubezpieczenia niż nasza obecna. Jeśli tak, mamy dość czasu, by wypowiedzieć zarówno ubezpieczenie podstawowe, jak i dodatkowe. To samo tyczy się wszelkich innych ubezpieczeń oraz internetu - warto w odpowiednim czasie sprawdzać oferty konkurencji.

Sposób siódmy - opłaca się uiszczać opłaty za rzeczy typu bilet miesięczny, ubezpieczenie czy abonament za coś (np. Spotify) za cały rok z góry - wiele firm oferuje opcję, że tym samym płacimy jak za dziewięć-dziesięć miesięcy, a nie za dwanaście.  

Sposób ósmy - nowy telefon warto jest brać w ofercie od operatora, zwłaszcza jeśli jesteśmy z tego operatora zadowoleni i nie planujemy zmieniać.     
    
Sposób dziewiąty - nie oszczędzać na dobrej jakości jedzeniu, sprawiać sobie przyjemności, nie zapominać o co najmniej dwutygodniowym urlopie przynajmniej raz w roku, wysypiać się i patrzeć na świat pozytywnie! Statystycznie daje to duże szanse na uniknięcie późniejszych wysokich (lub bardzo wysokich) rachunków za... leczenie.        

piątek, 1 grudnia 2017

Głodnych nakarmić... - i tak w podobie.

Jak wszyscy już wiedzą i jak większość z nas* zdążyła napisać na wszelkiego rodzaju portalach społecznościowych - zrobiło się zimno oraz spadł śnieg. Tym samym pogoda stała się pogodą idealną do aktywności pozaplenerowych. 
Nie wiem, jak rzecz przedstawia się u P.T. czytelników, ale ja osobiście uwielbiam być peelingowana, nacierana, nawilżana, masowana... a także siedzieć w saunie, kąpieli czy jacuzzi; o szaleństwach we wszelkiego rodzaju parkach wodnych (świetne zjeżdżalnie w zuryskim Alpamare albo położonym nieopodal Basel Aquabasilea!) nawet nie wspominając. Szwajcaria oferuje pod tym względem szereg możliwości - np. hammam w Bern (który zresztą polecam, lubię tam wracać). Ostatnio wybraliśmy się właśnie tam. Jako że Bern odległe jest od mojego miejsca zamieszkania o ponad godzinę drogi, dotarliśmy do celu po mniej więcej trzech godzinach od zjedzenia śniadania. Był to poważny błąd logistyczny, bo organizm mój cechuje się wyjątkową nieekonomicznością - muszę zjadać posiłki co trzy godziny, w przeciwnym razie mam mdłości z głodu. I jak tu w takich warunkach rozkoszować się pobytem gdziekolwiek? Pech chciał, że była to sobota; jedyna piekarnia, jaką wskazało GoogleMaps w rozsądnej odległości od hammamu, była zamknięta. Do tego lało jak z cebra, a temperatura była akurat taka, żeby ręce grabiały z zimna - i żeby z każdym krokiem coraz goręcej marzyć o ucieczce do jakiegokolwiek ogrzewanego pomieszczenia. Liczba minut, jakie pozostały do stawienia się w drzwiach hammamu, topniała nieubłaganie. W tych właśnie okolicznościach, gdy wracaliśmy spod zamkniętej piekarni, przyuważyłam małą restaurację. Najwyraźniej otwartą. Weszliśmy do środka, zobaczyłam świeży chleb, najwyraźniej przygotowany do serwowania w zestawach śniadaniowych, gwałtownie przełknęłam ślinę. A. w tym czasie rozmawiał z panią kelnerką - po to tylko, by ustalić, że nie mają w sprzedaży żadnych croissantów ani niczego w tym stylu, co można by wziąć na wynos i natychmiast zjeść. Spytałam, czy w sprzedaży mają może chleb - na kromki. Pani z uśmiechem odparła, że nie ma takiej możliwości, ale jeżeli to rozwiąże nasz problem, to po prostu da mi jedną za darmo. Już za chwilę rwałam zębami grubą, chrupiącą pajdę i myślałam sobie (nie po raz pierwszy w życiu zresztą), jak wiele czasem znaczą małe gesty.

Kwestia przesyłek, paczek i listów wygląda w Szwajcarii różnie. Są paczki, które kurierzy bez pytania zostawiają w holu budynku lub tzw. Milchkaestli (skrzynce na mleko**); są też takie, które zabierają z powrotem ze sobą, by spróbować dostarczyć po raz kolejny, odwożą samoczynnie do tzw. Paketshopów - albo które można samodzielnie do takiego Paketshopu/miejsca pracy/gdziekolwiek indziej przekierować. Nie udało mi się jak dotąd ustalić, czy strategia postępowania z paczką zależy od firmy kurierskiej, rodzaju paczki, firmy paczkę wysyłającej czy czegoś jeszcze innego. Większość przesyłek i listów, wysyłanych na terenie Szwajcarii, nie jest pocztą poleconą - toteż nie wymaga podpisu odbiorcy. (W przypadku poleconych można natomiast złożyć na poczcie dyspozycję, by trafiały do skrzynki - oczywiście na własną odpowiedzialność). Niemniej niektóre wymagają - i z tego powodu właśnie musiałam zjawić się dzisiaj na poczcie, przyszło bowiem zamówienie, które złożyliśmy na targach winnych (fajna rzecz, sponsorowana przez sieć sklepów Coop - targi odbywają się raz do roku i umożliwiają degustację oraz zamawianie różnych rodzajów wina, zazwyczaj takiego, które nie jest dostępne w sprzedaży detalicznej. Wstęp jest bezpłatny, dostaje się zaproszenie: dla siebie i osoby towarzyszącej). Pani z poczty przywiozła moją paczkę miniaturowym wagonikiem, otaksowała ją i mnie wzrokiem, po czym spytała życzliwie, czy podjechałam samochodem. Odparłam, że tak, zastanawiając się jednocześnie w popłochu, czy dam radę w ogóle donieść przesyłkę do auta - a jeśli tak, to czy bez uszkodzenia zawartości lub siebie. Jakby w odpowiedzi na moje myśli, pani zasugerowała, żebym ze względu na ciężar paczki podwiozła ją sobie do auta tym właśnie pocztowym wagonikiem. Już za chwilę odbierałam na tyłach budynku wagonik z tkwiącą w nim paczką, a gdy komfortowo i beztrosko dowoziłam ją sobie do samochodu, w głowie dlaczegoś przewijały mi się strzępy obrazków z moich życiowych doświadczeń z Pocztą Polską... 

A tymczasem, skoro mamy już 1 grudnia i coraz bliżej święta (na znaną wszystkim melodię producenta napoju cukrowego) - jeśli dysponujecie odrobiną gotówki, którą możecie dowolnie rozdysponować - to tu, o, jest kilka linków:







Każda wpłata się liczy. Jeden uszczęśliwiony człowiek, nakarmiony kot czy wyleczony pies - to bardzo dużo. No i przede wszystkim - to z kropel składa się morze. 














*z wyjątkiem oczywiście szczęściarzy, żyjących w ciepłych miejscach tej ładnej planety
**Czytelnicy w wieku zbliżonym lub starsi ode mnie wiedzą o czym mowa; reszta zajrzy np. tutaj 

wtorek, 24 października 2017

O poli(a może raczej mono?)tyce słów parę.

Po relatywnie nieciekawym wrześniu, jesień w tym roku stała się cudowna. Koniec października - a ja siedzę na tarasie, bez płaszcza, w lekkim sweterku (i jest mi ciepło!) Pozwoliło mi to nawet pogodzić się z bolesnym faktem powrotu z najpiękniejszego miejsca na Ziemi, w jakim do tej pory byłam (czyli Seszeli, gdzie udaliśmy się podróży poślubną). Co prawda, i Szwajcarii w kwestii piękna niczego nie brakuje - widok, jaki rozciąga się w tej chwili przed moimi oczami, kiedy unoszę wzrok znad laptopa, nieodmiennie mnie zachwyca i prowokuje do odruchowych konstatacji, jakie mam szczęście, że tu mieszkam.   

Zdaję sobie sprawę, że w ostatnich miesiącach zaniedbywałam bloga - postaram się to zmienić (na ile mi się to uda, to już inna kwestia). Tematów nie brakuje - zarówno tych podróżniczych, jak i szwajcarskich. Im bardziej bowiem poprawia się moje rozumienie dialektu, tym więcej informacji o codzienności jestem w stanie wychwycić - głównie dzięki słuchaniu radia. (Tv nie oglądam, a serwisów newsowych unikam - z rzadka robiąc wyjątek dla Neue Zuercher Zeitung).
 
Jako że nie mam szwajcarskiego obywatelstwa, głosować nie mogę - niemniej interesuję się zwykle głosowaniami, w których bierze udział A. Pod koniec września odbyło się jedno z ważniejszych. Otóż społeczeństwo szwajcarskie, jak większość europejskich, starzeje się. Oznacza to problemy związane z wypłacaniem emerytur z I filaru - i ubóstwem emerytów. Padła propozycja, aby problemy te rozwiązać poprzez podwyżkę (o jakąś doprawdy niewielką kwotę, bodajże 40 CHF, czyli w sposób de facto nieodczuwalny), a pieniądze na tę podwyżkę wziąć... z podwyżki podatku VAT. Doprawdy, wyśmienity pomysł, milordzie - dajmy emerytom cztery dychy, a jednocześnie zabierzmy im (i reszcie społeczeństwa!) bogowie tylko wiedzą ile - z racji wzrostu cen wszystkich produktów. Na szczęście Szwajcarzy odrzucili ten "genialny" pomysł. Szkoda, że nie mieli takiej możliwości Polacy, gdy pięć lat temu podnoszono VAT na okres trzech lat...

Ktoś zarabiający na życie tworzeniem statystyk (zapewne szwajcarski urząd statystyczny?) pokusił się ostatnio o sprawdzenie zmiennej w postaci wieku szwajcarskich emigrantów. Okazuje się, że najliczniejszą emigrancką grupą wiekową są osoby 40+. Fakt ten nie powinien dziwić, biorąc pod uwagę, że większość tutejszych expatów to ściągani tu za grube i jeszcze grubsze pieniądze specjaliści - czyli ludzie z wieloma latami doświadczenia w danej branży. Pokazuje to również, że przesadzone są rozmaite obawy grupy emigrantom niechętnej (a zarazem najmniej ich znającej, czyli szwajcarskiej wsi). Ale wiadomo, statystyki statystykami, a jednostka, zwłaszcza im bardziej w lewą stronę rozkładu Gaussa się skierujemy, wie swoje - jeśli natomiast jej wiedza nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów.

Miałam okazję rozmawiać ostatnio z pewnym Niemcem, o stażu emigracyjnym zbliżonym do mojego. W pewnej chwili Niemiec ten wyznał, że póki sam nie wyemigrował, nie rozumiał za bardzo mechanizmu tworzenia się gett - i że żywił nawet pewne pretensje do zamieszkujących je grup, pretensje związane z niedostatecznym poziomem ich zintegrowania. Kiedy jednak sam wyjechał - ha, wówczas przekonał się szybko, że integracja jak najbardziej jest możliwa... ale trzeba do niej dobrej woli obu stron. Obu. Nie tylko tej przyjezdnej.

I z tym Państwa zostawiam, a sama zmykam do ciepłego wnętrza restauracji, jako że słońce już zachodzi.